Przepraszam,że długo nie pisałam. Wszystko ze mną w porządku. Nie chciałam się zabić i nie siedziałam na oddziale zamkniętym.

Wręcz przeciwnie.

Siostra mojej Mamy, która mieszka w Niemczech, zaprosiła mnie do siebie. Przyznam, że był to dobry pomysł. Trochę odpoczęłam od znajomych, którzy chcąc pomóc ciągle doprowadzali mnie do łez. 
....piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami....

Pod koniec sierpnia zostałam oddelegowana do domu z ostrą ospą wietrzną. Krostki były WSZĘDZIE!!!
Arbuz był jedyną rzeczą, jaką chciałam jeść, ale po jakimś czasie diety arbuzowej uczuliłam się..eh...

Teraz wrzesień, szkoła i dużo nowych wrażeń i obowiązków. Wyjazdy integracyjne mają nas oswoić z LO, ale już dostałam namiastkę wymagań nauczycieli, aż strach pomyśleć co będzie, jak skończy się miesięczna ochrona dla pierwszaków- kociaków...

Kończę to pisanie...muszę się wykąpać i przejrzeć lekcje na jutro ....




Wszystkie życzliwe osoby, zwłaszcza kobiety, starają się postawić w roli Mamy i doradzać, co to ja powinnam, a czego nie. Ale ja przecież wszystko wiem. Mama chorowała dwa lata. Przez ten czas nauczyła mnie wszystkiego.
Już w wieku 10 lat potrafiłam zrobić prosty obiad, taki jak makaron z serem. Wtedy też zaczęłam eksperymentować z omletami, jajecznicami itp. W gimnazjum, kiedy Mamę dopadła grypa i nie mogła wstać z łóżka i odstąpiłam jej mój pokój, by troszkę uniemożliwić rozprzestrzenianie się zarazków, ugotowałam pierwsza zupę. Było to trudne, bo musiałam użyć szybkowara, którego nieumiejętna obsługa groziła wybuchem. Starałam się wszystko zrobić według zaleceń i na podstawie tego, co pamiętałam, jak robiła to wcześniej Mama. Jednak w konsekwencji wyszedł mi rosół za słodki (za dużo marchwi) i za ostry, bo sypnęło mi się pieprzem. Dla Mamy, która nie czuła smaku, pod wpływem grypy, zupa wydawała się smaczna, na drugi dzień zmieniła zdanie, ale i tak mnie pochwaliła. Tak się zaczęła nauka, a później sama chciałam umieć gotować coraz więcej, dopytywałam i podpatrywałam. 
W konsekwencji tych nauk potrafiłam ugotować tak, by moi mężczyźni (tato i brat) mogli się najeść.
Nie zawsze mi to wychodzi najlepiej, ale zawsze w odwodzie miałam moje Ein-topf-essen, czyli sos z podsmażonych warzyw, w którym gotowałam ryż, kaszę lub makaron. Czasem dostawaliśmy coś od cioć. Znacznie bardziej podoba mi się, gdy Chrzestna przychodzi do mnie, by nauczyć mnie robić gołąbki, pierogi, kisić ogórki itp.
Najgorsze jest jednak, jak ktoś wytyka nieudolność naszego sposobu przetrwania i poucza, choć sam owy doradca nie był bez skazy. Przecież sobie radzimy, tak jak potrafimy. Nikt nie potrafi postawić się w naszej sytuacji, bo w niej nie jest.


Mam tatę.
Mam brata (8 lat).
Dostałam się do wymarzonego liceum, klasa matematyczno-informatyczna.

Jest lato.
Próbuję korzystać ze słonecznych dni.
Zaraz po tym jak posprzątam, ugotuję, wypiorę i wyprasuję wychodzę z koleżankami na tzw. miasto.

Witam.
Mam 15 lat. Dokładnie miesiąc temu zmarła przy mnie moja Mama.
Uczę się żyć od nowa.